1 208 razy czytano

Ten jeden dzień w roku…

Każdego roku są takie dni, na które czeka się z utęsknieniem… mogą to być urodziny, rocznica ślubu, koncert ukochanej kapeli czy też Nadwiślański Rajd Przygodowy. Po roku tęsknoty nastał 5 września roku Pańskiego 2015, no i w sumie dzień jak co dzień. Nawet pogoda była nijaka, ani deszcz ani słońce, forma zresztą podobnie.

No ale standard – Darek pełen energii mnie zmotywował, ruszamy do boju. Odbiór pakietów odbył się sprawnie, i tu miłe zaskoczenie bogactwem pakietu startowego. Jakby nie było to za 15 zł: koszulka, batoniki, picie słodycze mapa etc. – po prostu full wypas 🙂 Odprawa minęła jak zwykle, stoję z tyłu, słyszę piąte przez dziesiąte więc czytam z ruchu warg. Mapa do ręki i pierwsze wrażenie zawsze takie samo – „wiem gdzie jestem ale nie wiem gdzie to jest na mapie”. Ostatecznie to „moje tereny” więc ustalenie trasy poszło zaskakująco szybko. Start pod basenem.

Ruszyli… chcę być bardziej cwany niż inni – widziałem zamknięty szlaban więc wymyśliłem, że może furtka na MOSIR jest zamknięta. Skutecznie zaraziłem tym pomysłem kilku innych i wszyscy nadrobiliśmy 200 metrów więcej biegnąc na około. Pierwsze zadanie to jakaś przeklęta piramidka z cyframi. Pojawiły się niecenzuralne myśli w głowie podsumowujące pierwsze 5 minut rajdu jako klęskę. Złość jednak ruszyła zwoje mózgowe i wspólnie rozwiązaliśmy zadanie. Wszyscy lecą my ich gonimy… nawet pan narzekający na brak dwóch map jest przed nami. W końcu dobiegamy do Pałacu Kotulińskich i widzimy kolejkę do drugiego zadania. Czekamy i widzę, że sytuacja identyczna jak w spożywczaku niedaleko mnie. Jednym słowem beznadzieja, jeden rozwiązuje zadanie w takim tempie jak starsza pani kupuje zakupy na weekend a reszta ludzi wesoło gwarzy sobie w kolejce pośpieszając „kupującego”. Szybka decyzja – wrócimy tu później.

Drużyna Łowców Chaosu postanowiła nas nieco podnieść na duchu wspólnym biegiem i motywacją. Dwa kolejne punkty poszły gładko. Hasło zdobywane z nazwisk na bloku w pełni mnie usatysfakcjonowało – nie przypominało niczego sensownego póki się nie zebrało całości danych. Tips & Tricks ze zgadywaniem hasła nie miało miejsca w tym roku. Szukanie punktu przy SP5 w naszym wykonaniu to dla mnie powód do hańby i przyjmę z godnością wszelkie szyderstwa – daliśmy ciała biegając wokoło jak dzieci we mgle. Dalej to zadania logiczne na placu Jana Pawła II – jak je przeczytałem to nie uwierzyłem własnym oczom. OK – tangram rozumiem – poszedł łatwo, czas na księżycu też, podobnie zapałkowa rybka ale zadanie z cukierkami to przegięcie. Pięć razy czytałem zanim zrozumiałem o co chodzi. Co do prawdziwości zdań z pierwszego zadania to był cios poniżej pasa… Ogólnie nawet nieźle poszło tylko jeden błąd… w pierwszym zadaniu.

Pominąłem punkt z biblioteki ale to pewnie przez to, że chciałbym to zdarzenie wymazać z pamięci. Dostaliśmy kartkę papieru na niej jakieś kółka w tekście. Nie było stolika więc nie chcieliśmy czekać, rozwiążemy zadanie na schodach. Długopis przebijał kartkę, pot kapiący z czapki rozmazywał to co pisałem, a pisałem głupoty. Zresztą to i tak nie ważne bo setki godzin spędzone przy komputerze zrobiły swoje, że i tak mało co widziałem (a można było poczekać na oświetlony stolik). Obsługa punktu się odrobinę ulitowała a Darek zajarzył, że chodzi o Lalkę Bolesława Prusa. Dalej było już lepiej. Dmuchanie lotkami, strzelanie, pływanie kajakiem poszło raczej sprawnie. Ścianka to popis wspinaczki Darka (chłop się chyba minął z powołaniem na taternika). Po drodze lody z chili i zakręcone strzelanie goli – nie będę się rozwodził nad tymi zadaniami, trzeba tego spróbować. Odpowiedź na pytanie w Fitness24 to „szczęśliwy traf” jak w wyszukiwarce googla. Stara Kablownia i Chacharnia – poszło sprawnie chociaż zawodowymi kręglistami to my nie będziemy. Pomyśleć, że w wieku 8 lat myślałem, że to świetny sport…

Nadeszła chwila powrotu do Pałacu Kotulińskich i właśnie w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę z największego błędu jaki popełniliśmy. Po prostu do niczego wybraliśmy trasę lecąc za stadem przez co musieliśmy pominąć ten punkt. Skutek to nadrobienie 4km drogi. Jako, że z tempem biegu nie odpuszczaliśmy ani na chwilę to lecąc ostatnie kilometry chciałem zasłabnąć, aby ta udręka się już skończyła. Na szczęście ostatnie zadanie to basen co było dla mnie ukojeniem. Potem meta.

 Pyszna grochówka i miłe uczucie zmęczenia. Wiele części ciała boli ale to znak, że żyję i nie odpuściłem. Ostatecznie czwarte miejsce w kategorii MM. Jest to miejsce najgorsze dla sportowca ale… JEST RADOŚĆ! To były trzy godziny dobrej zabawy przyprawionej narzekaniem i zmęczeniem – coś pięknego 🙂 Dzięki Darek – za wspólny bieg – masz moc! Dzięki Bartess i wszyscy zaangażowani w organizację (Hufiec ZHP i RyTM) – dzięki Wam cieszę się z miejsca gdzie mieszkam i z tego, że tu jest tylu fajnych ludzi.

Robert

2 myśli nt. „Ten jeden dzień w roku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *