1 204 razy czytano

Kolejna królewska „życówka” Marcina

Przygotowania do kolejnego maratonu praktycznie trwały od wiosny, już wtedy po debiucie w Krakowie wiedziałem, że na jesień postaram się poprawić swój wynik. Kilka lekcji wartych zapamiętania, wyeliminowanie błędów pozwalało mi myśleć, że na ten rok bieg w granicach 3:10-3:05 jest realny. Na łamanie trójki to jeszcze nie teraz, za mało doświadczenia tu na tym dystansie. Kolejna ważna rzecz – a więc skrupulatnie realizując rozpiskę trenowałem, czasami się śmiałem, że trening więcej kosztuje niż sam start. Dwa tygodnie przed zawodami kontuzja (zapalenie pochewki ścięgna) wyłączyła mnie na kilka dni. Wizyta u fizjoterapeuty – dwa zastrzyki i powrót do treningu. Kilka dni przed startem rozwalony paluch u nogi – nadepnąłem gołą stopą na rozłożone przez syna znaki drogowe – znak roboty drogowe z chirurgiczną wręcz precyzją pakuje mi się na zgięciu palucha – dwa dni bólu a tu zbliża się start- uratowały mnie plastry które działają jak szwy chirurgiczne…

Dzień zawodów spóźnia się kierowca z Czechowic wyjeżdżamy o 8 rano, start jest o 9… fajnie. Rozgrzewka odpada – ale co nas nie zabije to nas wzmocni.

Stoimy na starcie wraz z orkiestrą górnicza i start … początek pod górkę (tyle rzeczy miałem pod górkę wcześniej, jakoś mnie to więc nie zraża). Około 5 km krótkie, nie wiążące rozmowy – kto na ile biegnie, zazwyczaj w maratonie takie deklaracje prawie 40km przed metą wzbudzają uśmiech, ale cóż 10km, formujemy pięcioosobową grupę biegnącą na 3 godziny, towarzyszy na rowerzysta – robiący za tragarza (woda itp) czas 41:31 całkiem nieźle, choć wydaje się za szybko. Kilku z tej grupy już tu biegło i ostrzegają przed podbiegami na końcówce koło 15 km jeden odpada mówiąc, że się zapchał czekoladą na jakimś punkcie – w ostateczności  dobiegł z czasem 3:16. 20 km 1:23:58 jest mocno urokliwa trasa, jeszcze nie daje się we znaki, choć już tylko biegniemy we dwójkę – ja i sympatyczny koleś z Radzionkowa 30 km coś koło 2 h na pewno przekroczone 2:02-2:03 już wiem, że tu się zaczyna przesiew i trzeba zwolnić, bo nie ujedziemy, słucham sugestii towarzyszącej mi gazeli – upał okropny mijamy wiele półprzytomnych ludzi przechodzących do marszu. Rzeczywiście, podbiegi  trochę nas zmasakrowały, wiem, że trójki nie złamię(jak każdy z towarzyszącego mi bractwa), bardziej brak doświadczenie niż  warunki. Na metę wpadam z wynikiem 03:06:28 dało mi to 35 msc i 6 w kat wiekowej – pomału zaczynam bywać na pierwszej liście z wynikami …

Na mecie lekarz o demonicznym spojrzeniu wyłapuje kołyszących ludzi i zaprasza na badania tętna – popatrzył na mnie i poszedł dalej. Dobrze, że nie kazał robić jaskółki, bo bym zarył.

Udana życiówka pobita przy dobrym wytrenowaniu, łamanie trójki staje się realne, o trudności trasy świadczy czas zwycięzcy 2:33:09.

Jedna myśl nt. „Kolejna królewska „życówka” Marcina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *