1 855 razy czytano

Półmaraton Księżycowy –
świetny debiut Dory!

Minął juz tydzień od tych cudownych, niezapomnianych, pięknych emocji, a ja nadal czuje dreszcze i mam „ciary” na całym ciele… Zacznę może od tego, że był to dla mnie debiut na takich zawodach i na takim dystansie. Sport był zawsze obecny w moim życiu, biegam od zawsze, ale było to bieganie amatorskie dla samej siebie i dla dobrego samopoczucia. Podeszłam do tego biegu na totalnym luzie, (impreza w czwartek i piątek – teraz mogę się przyznać 🙂 ), myśląc byle dobiec szczęśliwie, bo trening to trening, a zawody to juz zupełnie inne emocje, adrenalina, stres, które same się udzielają. 
Pamiętam jak dziś chwile przed startem, sama nie wiedziałam, gdzie mam stanąć w tym tłumie, nie wierzyłam w siebie aż na tyle, by iść do przodu, co później okazało się błędem (nr 1), ale człowiek uczy się całe życie. 
Stanęłam w środku, wkoło pełno ludzi, nieznane mi twarze, zostałam sama ze sobą i swoimi myślami… Potem juz tylko pamiętam odliczanie…6..5…4….3……2…..1…..START!!!!!!!!!!20150627-polmaraton_ksiezycowy_Dorota0-285
To były takie emocje, adrenalina, motyle w brzuchu, których juz dawno nie czułam. Ruszyłam na maxa, ale niestety pierwszy odcinek był dosyć wąski i mimo, że chciałam biec szybciej, nie mogłam się przedostać przez tłum. Mówię do siebie, (jeszcze tyle ze sobą nie przegadałam w życiu, co w trakcie tych 21 km), trudno Dora, coś musisz wykombinować, by nie truchtać w miejscu, wiec jak tylko pojawiła się szansa na ominięcie chodnikiem od razu ruszyłam z kopyta i do przodu.
Niestety po jakimś kilometrze złapał mnie taki ból kolki pod prawym żebrem (brak dobrej rozgrzewki – błąd nr 2), który mnie męczył przez 5 km, ale mówię sobie tak: kurde, Dora nie możesz się poddać, nie teraz i nie tak łatwo, więc decyzja szybka, telefon i MP3 do jednej ręki, a drugą masowałam sobie miejsce bólu. Popuściło przed końcem pierwszego okrążenia…
Zaczął się 8. km i dostałam takiego powera, czułam, że biegnę szybciej i lepiej niż pierwsze okrążenia, doping ludzi, oklaski oddawały sił, ja bawiłam się tym biegiem, uśmiechałam się, odmachiwałam, przybijałam „piątki” dzieciom – atmosfera świetna.
To teraz o czymś mniej przyjemnym – nasze ukochane podbiegi, no właśnie podbiegi były i było ciężko, ale teraz już wiem, że wszystko jest w głowie, pamiętałam słowa kolegi Bartka, które mega pomogły! Dora na podbiegach ZWOLNIJ, nie trać całej energii, bo jak jest podbieg to znaczy, że jest też zbieg i wtedy dajesz z siebie wszystko i wyobraźcie sobie, że mówił prawdę :). Tak było i dzięki tym słowom udało się pokonać najtrudniejsze odcinki trasy rybnickiej.
Kończąc drugie okrążenie czułam że płonę i jest mi na maxa gorąco, więc jak tylko była okazja polewałam się wodą, by mieć siłę walczyć dalej. Dobiegając do mety po 2. okrążeniu zaczęło mi mega brakować sił i wtedy jak na lekarstwo nasze kibicki Iwonka i Basia i ich doping: Dorotka super, dawaj do przodu, uwierzcie mi dostałam takiej mocy, jakbyście się z malucha przesiedli do mercedesa :), za co ogromne dzięki!!!
No i zaczęło się 3 okrążenie, ostatnie ale jak ciężkie i trudne… pan kryzys dopadł mnie między 16-18 km: łydki, brzuch, uda, ból, zmęczenie, suchość w ustach, pragnienie wody. Po 2 okrążeniach wiedziałam mniej więcej gdzie znajdują się punkty z wodą i będąc przed przedostatnim punktem patrzę i nie wierzę – nie ma WODY!!!!!!, to był dramat, burza mózgów, myśl nie dam rady, ale zaraz drugi głos: Dora 3 km – co to jest, tyle z RyTMem robimy w środy i co teraz nie dasz rady ????!!! Zebrałam wszystkie siły, a raczej resztki sił, która gdzieś tam były we mnie i pędzę. Dobiegam do rynku, ludzie się cieszą, klaszczą, wołają Dora super! Wyprzedzam parę osób (super uczucie tak na marginesie 🙂 ) i lecę, choć nie mogę, ale lecę…
Ostatni km wiem że już blisko, pragnę wody, schłodzić się to moje jedyne marzenie….500m.., 300 m, mroczki przed oczami, 200m słyszę Iwonkę i Basię gdzieś we mgle myśli, widzę metę, ale już nie myślę logicznie, mózg się wyłączył, widzę zegar 1:40… Przebiegłam przez metę, ktoś mi wiesza medal na szyi, ja tylko szukam wody by się polać, ktoś mnie wola z boku, patrzę – Mariusz, od razu ulga, ze ktoś z RyTMu jest obok, dopadam punkt z napojami, dostaję butelkę, nie myśląc długo wylewam cała zawartość na siebie i w śmiech, bo to ciepły, cytrynowy izotonik:), ale nie miało to żadnego znaczenia, ważne było, że jestem za metą, jest medal, jest dobrze….
Leciałam totalnie nieświadoma swoich możliwości, mimo, ze dużo osób mówiło, ze mam dobre czasy.
Stojąc po biegu z Mariuszem i Marcinem, patrzę na tablicę z głupoty i… przecieram oczy: K-30 i ja tam jestem na 7. Pozycji! To był SZOK, a zarazem ogromna radość, duma, że nie poddałam się, że walczyłam do końca, że mimo błędów popełnionych wynik jest super, jest medal, jest nagroda, jest zadowolenie i satysfakcja, które są bezcenne. Nie liczyłam, że w tym wieku jestem w stanie jeszcze cos osiągnąć i być w pierwszej 10-tce w swojej kategorii wiekowej. Ostatecznie miejsce było 6 (na 102 zawodniczki w tej kategorii). W klasyfikacji wszystkich kobiet zajęłam 15. miejsce (na 247 startujących pań), a w całej stawce – 250 (na 1159 wszystkich zawodników, którzy ukończyli bieg). Po zawodach nie mogłam spać, zasnęliśmy z medalem o 5 rano :). Teraz nawet pisząc ta relacje czuję te emocje i wspomnienia są jak żywe, chyba jeszcze trochę czasu musi minąć, aż dotrze to do mnie zupełnie….
Teraz jest cel, za rok jadę do Rybnika i walczę by znowu być w pierwszej 10-tce, a może uda się podskoczyć oczko lub dwa wyżej .
Dziękuję całej grupie za wsparcie, ciepłe słowa i doping, Michałowi za to, że poczekał ponad godzinę, aż odbiorę nagrodę, za śmiechy w drodze powrotnej, za piękne wspomnienia. 
RyTM jest the best!!!!!!! 

Wasza gaduła Dora.

20150627-polmaraton_ksiezycowy_Dorota4 20150627-polmaraton_ksiezycowy_Dorota1 20150627-polmaraton_ksiezycowy_Dorota2 20150627-polmaraton_ksiezycowy_Dorota3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *