1 718 razy czytano

Bieg Fiata według nóg Sznikersa

Przed rozpoczęciem relacji z majowego biegu fiata, muszę napomnieć, że to moja pierwsza tego typu relacja, więc przepraszam za błędy składniowe i za ewentualną nudę!
Mój bieg zaczął się od dwóch porażek. Pierwszą był dzień powszedni i zakraplany piwem grill. Drugą porażką było to, że zaspałem na pociąg. Godzina 8:30 przebudzam się, łapie już trochę nerwowo za telefon i ku mojemu przerażeniu widzę podaną wyżej godzinę. Szybka wiązanka z naprzemiennymi obelgami kierowanymi do siebie samego. W niecałą minutę wskoczyłem w spodenki, założyłem butki, zdążyłem jeszcze przemyć twarz i zgarnąć portfel oraz klucze. W biegu wyleciałem z mieszkania (jak się później okazało nie zgasiłem światła i nie zamknąłem drzwi) i tak biegnąc na dworzec, sprawdzałem w telefonie czy zdążę na jakąś kolejkę, następnie szukałem adresu punktu w którym odbierało się pakiety startowe, jest ulica Bohaterów Warszawy 20 – niestety niewiele mi to mówi. Dobiegam jednak już na dworzec, stoi pociąg TLK, no to pierwsza myśl wskakuję, ale niestety okazuję się, że z wczorajszej imprezy przywiozłem ze sobą siebie i pusty portfel. Lecę do kasy biletowej, zdyszany proszę o bilet na jakiś pociąg do Bielska. I tu zaczyna się w końcu „fart” opóźniony pociąg kolei śląskich z godziny 8:38, przyjedzie o 8:50. Tak więc bez zastanowienia kupuję bilet i korzystając z paru minut czasu przed przyjazdem, biegnę do Żabki po jakiś napój ( bo przecież suszy) i wafelka. 8:52 jest pociąg!!! Radość niesamowita na mojej twarzy, biła się z zmęczeniem. W pociągu wpadłem na pomysł – spytam Bartessa, czy od dworca do tej ulicy Bohaterów Warszawy jest daleko. Po chwili dzwoni telefon, oczywiście to był Bartess i pierwsze co mówi to że, źle pojechałem, cyt.” Mogłeś pojechać VII i miałbyś blisko”. Uprzejmy szefunio grupy wytłumaczył mi jak dojść do miejsca wydawania pakietów startowych. Teraz zostało dobiec do tego miejsca, odebrać pakiet i odpocząć . Przy pomocy porad Bartessa i gps w komórce, bardzo szybko odnalazłem owe miejsce. 
Przed wejściem  spotkała mnie miła niespodzianka. Spotkałem jednego z rytmowiczów Jakuba – teraz to już byłem w „domu”. Można było zacząć działać, co prawda bardzo mocno utrudniał to lekki kacyk, ale czego się nie zrobi dla biegania! Po krótkim oczekiwaniu przy nieodpowiednim stoliku, Jakub pokazuję mi gdzie mam stanąć  – teraz to już jest z górki, sobie pomyślałem. Pakiet odebrany, tak więc udajemy się do auta zostawić zbędne przedmioty oraz się przebrać. Następnie z bucisza udajemy się na linię startu mijając 3 puste autobusy i dwa zapchane po brzegi- jak w wakacje nad morzem. Po drodze mijamy mnóstwo biegaczy, w tym też innych rytmowiczów. Koło galerii Sfera zaczepia nas też ziomeczek z pytaniem, czy my też na ten bieg i gdzie jest linia startu – tak wiec reklama RyTM-u w jak najlepszym wydaniu! Jest w końcu miejsce startu i mała grupka rozciągających się rytmowiczów i rytmowiczek. Trochę pogaduszek, lekka rozgrzewka i co najważniejsze wspólna fota!
W końcu rozwinęli tasiemkę do ustawienia się przed linią startu – ja byłem pewny, że to była linia startu, ale nie. Pierwszy strzał i od razu, niewypał z mojej strony odpaliłem Edno, a okazuję się, że linia startu jest dopiero za około 200m… Drugi strzał, ale czas już leci- no to ciśniem. Muzyczka przez słuchawki wpada do uszu, przede mną masa ludzi, za mną druga masa ludzi- oj, będzie się działo! Pierwszy podbieg pod Sarni Stok, poszedł bardzo sprawnie i nawet bym powiedział, że za szybko jak na mnie i moją formę. Za podbiegiem pod Sarni, od razu mega w dół, więc można było odzyskać trochę sił, ale niestety niedługo zaraz w okolicy Dworca zaś pod górę i tak praktycznie cały czas. Pierwszy kilometr w czasie 4:40- pokrzykuje mi miła pani z Endo, jest dobrze, ale wydaję mi się że za szybko. W końcu lecimy pod górę, ja jestem po zakrapianym dniu, a do mety jeszcze dziewięć kilometrów. No to pomyślałem zwalniam do 5:00, niestety nogi nie zwalniają i drugi kilometr w 4:24. O tak to na pewno nie dobiegnę do mety, stanowczo za szybko! 20150517-01-janszarama Odzywa się głos w mojej głowie, Janek zwolnij!!! Tak, nogi swoje… Trzeci kilometr w czasie 4:16 . I pierwszy kryzys zaraz po minięciu znaku trzy kilometry, nieprzyjemny ból w klatce i wokół myśli – za szybko, zwolnij, a najlepiej to w ogóle zatrzymaj się!- po co Ci ten bieg… W końcu po długiej walce psychiczno- fizycznej, w endo sygnalizacja czwarty kilometr w czasie 4:34- nadal za szybko, nie wytrzymam cały czas takiego tempa.. Kryzys goni kryzys, coraz bliżej jestem gotów stanąć, ale mijam biegacza, który wymiękł i od razu myśl – nie mogę być jak on! Muszę dobiec, musze mieć życiówke!!! Piąty kilometr w czasie 4:43- jest już lepiej, chyba dam radę, to powinno się udać. Szósty kilometr i morderczy podbieg pod Vienę, oczywiście nie obył się bez kryzysu, wymija mnie coraz więcej ludzi, a ja opadam z sił. Łyk magicznego płynu a’la Asterix i Obelix i do przodu!! W międzyczasie długie pepy wysłane przez Klementynę i Sylwię dodają mi dodatkowych sił, ale niestety szósty odcinek, w czasie 4:52- już wyczułem lekką obawę, iż nie wykręcę życiówki (przecież prawie nie mam już sił, a gdzie jeszcze cztery kilometry). Siódmy odcinek już z górki, ku mojemu zdziwieniu czas 4:38, jest jednak iskierka nadziei. Ostatnie dwa kilometry biegłem już raczej na silę psychicznej, nie  fizycznej. Wycieńczony na maksa, mijam ósmy odcinek w czasie 4:40- zaś tracę… zaś mnie ktoś mija… Ale jest!! W końcu jest!!! Dziewiąty odcinek teraz ja mijam, teraz ja jestem górą- 4:29 i został już tylko ostatni odcinek. 20150517-02-janszarama
Cały mokry, po uprzednim oblaniu się wodą, w bukłaku resztki magicznego płynu, biorę łyk i chce do przodu, ale co to? Blokada!! Nie mogę wyrwać. Z pomocą podbiega Bartess i jego pożyczona kamerka!! Okrzyki Bartessa powodują, że blokada puszcza, chociaż krzyczę mu, a w sumie raczej szepczę,  bo nie mam sił na krzyk, „Nie mam sił, nie dam rady” .W odpowiedzi słyszę słowa: „ciśnij, łykaj ich! Dasz radę! Masz siły, tylko Ci się wydaję że ich nie masz”. (co widać na załączonym fragmencie filmu). Jak Sparta broniąca się pod Termopilami, z tą różnicą, że fizycznie wygrywam tą nierówną walkę i mijam kolejno biegaczy przed sobą- czuję że mam siły na więcej. W końcu widzę metę i dostaję kopa energii, zaczynam sprint, długi krok i z całych sił do przodu. Przed metą mijam jeszcze trzech biegaczy, wbiegam i gdyby nie krzyki jakiegoś gościa „ proszę przechodzić dalej padłbym na twarz!”. Patrzę na telefon 46:21- jestem w ciul zadowolony, ale przychodzi sms i czas 45:11- chociaż nie miałem sił cieszyć się z tego wyniku, czułem mega zadowolenie i czuje je do tej pory! 
Tak o to właśnie wyglądał Bieg Fiata z mojej perspektywy. Mam nadzieję, że moja relacja wam się spodoba.

Biegał i pisał Jan „Sznikers” Szarama :-).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *