1 396 razy czytano

X PZU Półmaraton Warszawski Andrzeja z Remkiem i Szymonem

Udział w Półmaratonie Warszawskim był dla mnie debiutem w imprezach biegowych. Dlaczego akurat półmaraton? Dlaczego ten w stolicy? Po pierwsze moje doświadczenia związane z bieganiem są niewielkie – biegam od listopada. Zacząłem swą przygodę po wyleczeniu dosyć poważnej kontuzji zerwania ścięgna Achillesa. Mój pierwszy trening to dystans 4km – do domu wróciłem wtedy wykończony i z wieloma wątpliwościami co do sensu przyjęcia takiej formy aktywności fizycznej – wcześniej grałem wyłącznie w piłkę nożną. Na szczęście postępy zaczęły przychodzić w miarę szybko –już po miesiącu udało się przebyć 19km podczas jednej sesji treningowej, a w połowie lutego prawie 30km! Do startu w Warszawie udało mi się przebiec niecałe 600km, co jest chyba nienajgorszym wynikiem jak na nowicjusza J Plan treningowy był w całości podporządkowany pod start w Warszawie i polegał głównie na nabijaniu kilometrów, ale udało mi się wpleść w to również interwały, przebieżki, podbiegi i tempówki. PZU Półmaraton Warszawski był organizowany jubileuszowy 10 raz i to właśnie dlatego postanowiłem wziąć w nim udział. Poza tym jest to największy półmaraton w kraju – w zeszłym roku bieg ukończyło ponad 11 tysięcy zawodników, a tym razem uczestników miało być jeszcze więcej. Początkiem roku do biegania i jednocześnie uczestnictwa w półmaratonie udało mi się namówić brata – Remigiusza i przyszłego szwagra – Szymona Żoczka J Remik z Szymonem zaczęli intensywne przygotowania. Szymek biegał zarówno samotnie jak i z psem. Brat bardzo szybko wskoczył na wysokie obroty i w samym marcu przebiegł ponad 200km! Obaj od lat są bardzo aktywni fizycznie dlatego wejście na pewien poziom zajęło im stosunkowo mało czasu.

W Warszawie zameldowaliśmy się w sobotę po godzinie 13. Przyjazd dzień przed startem był konieczny ze względu na biuro zawodów, które było otwarte tylko w piątek i w sobotę. Teoretycznie mogliśmy poprosić znajomych z Warszawy o odebranie pakietów startowych, jednak stwierdziliśmy, że zwiedzimy troszkę miasto…co ostatecznie się nam nie udało J Bagaż był dosyć spory(wstyd przyznaćJ), więc dopełniliśmy wszelkich formalności i pojechaliśmy przenocować do Radka – kuzyna Szymona mającego na koncie 4 maratony i również planującego wziąć z nami udział w biegu. Przed organizatorami stało nie lada wyzwanie – kilka tygodni przed biegiem płonął most Łazienkowski i trasa musiała zostać w całości zmieniona. Most nie nadawał się do użytku, a sąsiadujący z nim most Poniatowskiego, którym pierwotnie wiodła trasa biegu, nie mógł w takiej sytuacji zostać zamknięty, bo właśnie tam kierowany jest ruch tych, którzy chcą przedostać się na drugą stronę Wisły. Start został więc przeniesiony spod Stadionu Narodowego na ul. Królewską przy Placu Marszałka Józefa Piłsudzkiego. Meta usytuowana była w pobliżu na ul. Moliera. Profil trasy uległ zmianie – gdzieś w połowie drugiego kilometra podbieg(ok. 150-200 metrów), kolejne kilometry dosyć płaskie, a do tego kilka zbiegów. Niestety najgorszy fragment trasy czekał na zawodników już pod koniec biegu czyli tuż za flagą z oznaczeniem 18 kilometra. Długi, ponad 500-metrowy i dosyć stromy podbieg. Warunki atmosferyczne w dzień biegu znakomite – ok. 12 stopni, delikatny wiatr, słoneczko. Start zaplanowany na godzinę 10.

Mimo ogromnych emocji związanych z debiutem noc przespałem bardzo dobrze. Rankiem szybka pobudka i śniadanie. Podobno w dniu startu na stołach biegaczy króluje dżem, więc i u nas nie mogło go zabraknąć. Dwie kanapki, herbata, do tego baton energetyczny i izotonikJ Przebraliśmy się jeszcze przed wyjazdem aby na miejscu nie tracić czasu.

Metro, którym dojechaliśmy na miejsce startu było opanowane przez biegaczy. Podejrzewam, że cała komunikacja miejska w Warszawie równieżJ Na miejscu zjawiliśmy się kilka minut po 9. Cudownym obrazkiem były nadciągające tłumy wyłaniające się z niemal każdej ulicy. Czuć było atmosferę wielkiego święta, w jakim niewątpliwie uczestniczyliśmy.

Znaleźliśmy sobie skrawek ziemi i rozpoczęliśmy przygotowania do biegu. Chwilkę zajęła nam walka z upchnięciem wszystkich rzeczy do worków depozytowych(dobra rozgrzewkaJ). Następnie postanowiłem troszkę potruchtać i dogrzać wszystkie mięśnie różnymi ćwiczeniami. Czas pędził nieubłaganie i po chwili stałem w swojej strefie startowej. Mimo początkowego przydziału do strefy zielonej(biegacze z orientacyjnymi czasami od 1 godziny i 50 minut wzwyż) postanowiłem ustawić się w strefie żółtej z pacemakerem na czas 1:45. Z decyzją czekałem do dnia startu i uzależniałem ją od warunków pogodowych. Przy silnym wietrze, którego obawiałem się najbardziej, prawdopodobnie pobiegłbym na 1:50. Na szczęście warunki były wręcz idealne do biegania, więc jeszcze szybko podpytałem pacemakera o taktykę biegu(równe tempo) i skupiłem się na odliczaniu sekund do startu. Na treningach zawsze biegam z pulsometrem i postanowiłem, że podczas startu również będę kontrolował tętno aby nie przeholować i nie dać się ponieść tłumowi i buzującej adrenalinie. Ruszyliśmy przy motywującym dopingu wielu widzów oraz energicznej muzyki. Szybko zorientowałem się, że pulsometr chyba nie będzie zbyt miarodajny tego dnia – ogromne emocje i adrenalina sprawiły, że biegnąc tempem 5min/km zegarek wskazywał tętno w przedziale 172-175 czyli zdecydowanie za wysoko. Mimo tego oddech był bardzo spokojny i wiedziałem, że takie tempo jest dobre. Pierwszy kilometr praktycznie nieodczuwalny. Nogi miałem z waty, ale czułem, że to nie zmęczenie tylko lekki stresik J Na 2 kilometrze pierwszy podbieg na wiadukt(ok. 150-200 metrów). Ścisk był ogromny i trzeba było bardzo uważać, żeby nie zahaczyć kogoś przed sobą, nie zabiec nieudolnie komuś drogi i nie zostać wytrąconym z równowagi. Biegłem praktycznie łokieć w łokieć z innymi zawodnikami, ale cały czas starałem się trzymać lewej strony oraz mieć w zasięgu wzroku pacemakera. Pierwsze 5km przebiegłem w czasie 25:10 czyli o 10 sekund za wolno, ale byłem kilkanaście metrów za pacemakerem i wiedziałem, że bez problemu uda się nadrobić stratę na zbiegach. Druga „piątka” to nadal ogromny ścisk i ciągłe patrzenie pod nogi. Trzeba też było spoglądać uważnie przed siebie, bo bywały momenty kiedy biegnąc krawędzią ulicy nagle wszyscy uczestnicy zaczęli energicznie odskakiwać w bok i przed oczami pojawiała się barierka zwężająca trasę. Dodatkowymi przeszkodami byli zawodnicy, którzy zdecydowanie przecenili swoje możliwości lub po prostu nie uszanowali przydziału do strefy i już po kilku kilometrach musieli przejść z zadyszką do marszu, przy okazji tamując ruch za co pacemakerzy dosyć stanowczo ich upominali. Na 7 kilometrze, po ok. 35 minutach biegu wydarzyła się rzecz, która prawdopodobnie zadecydowała o moim końcowym rezultacie. Pulsometr przestał pokazywać mi tętno i wyświetlał tylko czas. Na początku troszkę mnie to sfrustrowało, ale stwierdziłem, że biegnie mi się dobrze, a poza tym jest pacemaker, który daje mi komfort kontrolowania biegu. Mniej więcej pomiędzy 7 i 8 kilometrem zrobiliśmy nawrót i rozpoczęliśmy bieg wzdłuż Wisły. W tym momencie bardzo mocno odczułem zmianę temperatury. Prawdopodobnie delikatny wiatr wiejący do tej pory w twarz, teraz zaczął wiać w plecy i zrobiło mi się naprawdę ciepło. Flagę z oznaczeniem 10 kilometra to ja minąłem przed pacemakerem w czasie 49:52 czyli z 8 sekundami zapasu. Biegło mi się rewelacyjnie, więc delikatnie przyspieszyłem i świadomie ominąłem punkt odżywiania, bo nie chciałem wybijać się z rytmu. I właśnie w tym momencie spotkał mnie bardzo miły gest – biegnący tuż obok mnie zawodnik podał mi kubeczek z wodą, a kiedy mu podziękowałem jeszcze poklepał mnie po plecach. Sporo słyszałem i czytałem o kulturze panującej wśród biegaczy, a teraz mogłem doświadczyć jej na własnej skórze. Wszystko trwało może 5 sekund, ale wystarczyło by zmotywować mnie do dalszej walki o dobry rezultat. Trzecią „piątkę” udało mi się pokonać w dosyć szybkim tempie(23:51) i flagę z oznaczeniem 15 kilometra minąłem z czasem 1:13:43 czyli miałem już minutę i 17 sekund zapasu. Na trasie zrobiło się luźniej. Wciąż trzymałem się lewej strony i biegłem w miarę blisko widzów stojących przy drodze. Ich doping był bardzo pomocny, część osób wystawiała ręce, żeby przybijać zawodnikom piątki . Niby nic, ale naprawdę bardzo pomaga J Pierwszy delikatny kryzys pojawił się gdzieś na 16 kilometrze. Wiedziałem, że biegnę stałym, dobrym tempem, ale zmęczenie powoli dawało znać o sobie. W końcu dotarłem do 18 kilometra i zobaczyłem zakręt, na który wbiegają zawodnicy przede mną. Długi na ok. pół kilometra podbieg, o którym wcześniej nie myślałem i do którego teraz chciałem się zbliżać jak najdłużej, żeby zebrać jeszcze resztki sił na jego pokonanie. Ten fragment trasy dał mi bardzo mocno w kość i przeglądając po biegu zapis w pulsometrze tętno maksymalne wyniosło 187 – jestem pewien, że właśnie na tym odcinku. Po pokonaniu tego podbiegu moją głowę opanowały negatywne myśli – „jeszcze ponad 2 kilometry do mety” – wyobraziłem sobie pełne okrążenie wokół stawu Kopalniok i coraz bardziej brakowało mi sił. Na szczęście wyłonił się przed nami dosyć przyjemny zbieg, który pozwolił ustabilizować oddech i dobiec do mety. Nie starczyło już sił na sprint i walkę o każdą sekundę, ale ostatnie kilkaset metrów biegu to była prawdziwa przyjemność. Gorący doping setek ludzi pozwolił szczęśliwie i z uśmiechem na twarzy pokonać linię mety. Dopiero przeglądając wyniki okazało się, że ostatni kilometr pobiegłem w czasie 4:28, a wydawało mi się, że ostatnie metry były nieudolnym człapaniem J Czas na 20 kilometrze 1:38:46, czyli 5km w czasie 24:29. Czas końcowy:  1:43:14!! Średnie tempo 4:54min/km. Podejrzewam, że nie uzyskałbym tak dobrego(jak na mnie) rezultatu gdyby nie psikus mojego pulsometru. Obserwując tętno zbliżające się do 180 z pewnością starałbym się zwolnić, a tymczasem pobiegłem cały dystans na średnim tętnie 178! Tuż za metą musiałem się zatrzymać i oprzeć o kolana by jakoś dojść do siebie. Praktycznie słaniałem się na nogach, ale jestem niemal pewien, że byłem jedną z najszczęśliwszych osób przekraczających tego dnia linię mety. Wzruszony odebrałem medal za ukończenie swojego debiutanckiego biegu, ucałowałem go i poszedłem po izotonik, bo trochę chciało mi się pić J Szybko zacząłem się rozglądać za bratem i za Szymonem. Nie zdążyłem nawet rozpocząć rozciągania, a już na mecie zameldował się Remik z bardzo dobrym czasem 1:46:13(biegł z pacemakerem na 1:50) i tutaj kilka słów od niego:

Remigiusz: „Pierwsze 10 kilometrów biegło mi się bardzo dobrze. Praktycznie nie odczuwałem zmęczenia, oddech był bardzo spokojny. Pierwotnym założeniem było złamanie czasu 1:50, ale od startu czułem, że pacemaker prowadzący właśnie tę grupę biegnie dla mnie troszkę za wolno, więc postanowiłem delikatnie przyspieszyć i utrzymywać swoje tempo. W drugiej części dystansu zdecydowałem się jeszcze podkręcić tempo i, odziwo, nadal czułem się bardzo dobrze. Tak naprawdę dopiero końcówka biegu dała mi w kość, a konkretnie podbieg po 18 kilometrze – straciłem tam nieco sił, ale udało się ustabilizować oddech i mocno finiszować na ostatnim kilometrze. Czas 1:46:13 uważam za bardzo dobry i jestem nim w pełni usatysfakcjonowany – przygotowywałem się jedynie przez 2 miesiące, a ostatni raz regularnie biegałem ponad 8 lat temu

Chwilę później na mecie pojawił się Szymon, któremu również udało się złamać granicę 1:50 (1:49:43).

Szymon: „Do wzięcia udziału w Półmaratonie Warszawskim namówił mnie przyszły szwagier – Andrzej. Jestem mu wdzięczny, ponieważ w innym wypadku pewnie nadal biegałbym maksymalnie po 12km. Po wpłaceniu wpisowego wiedziałem, że muszę się w jakimś stopniu przygotować, żeby dać radę. Nie miałem zbyt wiele czasu. W Czechowicach przebiegłem parę razy 10km i raz 22km(po tym dystansie padłem ze zmęczenia – ok. 2 godzin na trasie). Czas jaki udało mi się osiągnąć w Warszawie to 1:49:43. Wielką motywacją stali się dla mnie uczestnicy, którzy mają ten sam cel(dać z siebie wszystko!)i ludzie, którzy dopingowali wszystkich ciepłymi słowami, a wśród nich najbardziej dzieciaki, które z wielkim uśmiechem wyciągały rękę, żeby przybić piątkę! To mnie strasznie budowało i sprawiało, że mimo zmęczenia uśmiechałem się i cieszyłem z tego, że mogę być uczestnikiem takiej imprezy. Po półmaratonie jestem bardziej zmotywowany do tego, żeby dalej trenować, biegać! J „

Chłopcy odebrali swoje medale i w trójkę udaliśmy się po posiłek i upominek od PZU w postaci saszetki na pas firmy Adidas – bardzo przydatny gadżet J. Zaczęła się psuć pogoda, zerwał się dosyć mocny wiatr, który rozgrzanych zawodników bardzo szybko i nieprzyjemnie schładzał. Popędziliśmy do depozytów po rzeczy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia z medalami i flagą RyTM-u i poszliśmy do przebieralni. Wiatr był coraz mocniejszy i Plac Piłsudskiego  szybko opustoszał. Udaliśmy się na posiłek gdzieś w samym centrum Warszawy, a następnie na pociąg do Czechowic.

Tak wyglądała trasa 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego: https://www.youtube.com/watch?v=4te91V239e8
Obszerna galeria zdjęć: http://www.pzupolmaratonwarszawski.com/galeria_2015

Andrzej

X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_01 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_02 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_03 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_04 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_05 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_06 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_07 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_08 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_09 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_10 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_11 X_PZU_Polmaraton_Warszawski_Andrzeja_12

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *