772 razy czytano

Żywiecki pólmaraton okiem Edyty

Półmaraton żywiecki, troszkę w innym klimacie.

Dla mnie półmaraton żywiecki zaczął się już dwa tygodnie przed startem. W niedzielę 15 marca wraz z Marcinem i jego kolegą Łukaszem wstaliśmy po piątej rano w celu zaprzyjaźnienia się z tą malowniczą trasą. Pogoda była wymarzona i mimo małego stresu, który mi towarzyszył moje nastawienie było bardzo pozytywne.

Miałam świadomość tego, że jest to wymagająca trasa i jak na ten start, pomimo dobrego przygotowania fizycznego, przygotowania biegowego w sezonie zimowym było zbyt mało….

To ten weekend był dla mnie testem, to właśnie wtedy miałam odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy przystąpić do półmaratonu, czy mam odpuścić bo jeszcze nie jestem gotowa….

Po ponad dwóch godzinach biegu (na 15km zawiesił mi się zegarek i nie znam czasu), szczęśliwa wbiegłam na płytę żywieckiego rynku ( nie było medalu, były uśmiechy i przepyszna kremówka, którą zjadłam w kilka sekund, chłopaki żałujcie, że nie spróbowaliście).

                Dwa tygodnie bardzo szybko minęły, ale im bliżej było do startu, pojawiający się stres u mnie był coraz większy. Dlaczego? Nie wiem.

Wyczekiwana niedziela przywitała mnie miłym zaskoczeniem, miał padać deszcz a za oknem świeciło słoneczko. Wstałam około siódmej rano, zjadłam 2 kanapki z miodem i ruszyłam po medal. Nie liczył się dla mnie wtedy czas, chciałam tylko dobiec do mety. Do Żywca przyjechałam pierwsza, nie miałam wyjścia, niestety mimo dobrych chęci Marcina (dziękuję Ci bardzo!), nie udało się odebrać dla mnie pakietu startowego w sobotę. Pomimo tak wczesnej godziny (około 09:00), miasto żyło pełną piersią.

Atmosfera już była niesamowita, ponieważ  ludzie których mijałam, bezinteresownie uśmiechali się do siebie. Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie i sprawiło, że całkowicie zapomniałam o stresie.

Reszta ekipy dojechała (jeszcze raz szczególne podziękowania dla Klementyny, Marka i technicznej oczywiście). Przed samym startem dodatkowo nastój poprawił mi się, jak zobaczyłam gigantyczną kolejkę do toy-toya, żałuję że nie zrobiłam zdjęcia naszym kolegom.

Dużo energii na tamtą chwilę dodatkowo dostarczała Monika, pierwszy półmaraton w Jej życiu…, Monika jesteś wielka, dla mnie Ty w tym dniu osiągnęłaś najwięcej !!!. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam, ale nie mam zielonego pojęcia kochani koledzy jakie były Wasze indywidualne cele,…. Wiem za to, że jesteście niesamowici, fantastyczni i każdy z Was coś zdobył dla siebie w tym dniu.

Nadszedł ten  moment głośnego odliczania od 10 do „start” i ruszyliśmy pełną parą.

Pierwsze pięć kilometrów biegło mi się fantastycznie a wynik, który zobaczyłam na zegarku 00:25:32 dodatkowo podkręcił emocje. Na tym dystansie, często towarzyszył mi Przemek. Pamiętam jak zapytał: Nie za szybko ? A ja odburknęłam coś w stylu, że dobrze mi się biega tym tempem.

Byłam chyba nieźle nakręcona bo wiedziałam, że za kilometr czeka na mnie z dopingiem rodzinka. Niektórym wspomniałam, że są to moje strony rodzinne. Urodziłam się w Żywcu a w Zarzeczu dorastałam.

Pierwsze podbiegi właśnie zaczęły się tutaj w miejscowości: Zarzecze-Bierna-Tresna. Szczerze mówiąc, nie mogłam doczekać się pierwszego punktu (10km) tak bardzo chciało mi się pić…. Na tym etapie jeszcze towarzyszył mi Przemek, mobilizując, że biegnąc tym tempem zejdziemy poniżej 02:00 (dzięki za wodę i towarzystwo !). Moja dziesiątka zamknęła się z czasem 00:54:00. To był dla mnie bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę trasę jaką pokonałam i tempo którym biegłam (nie było najmocniejsze, bo przecież miałam do pokonania drugie tyle). Na tę chwilę wiem, że mocno pobiję życiówkę na 10km i w niedługim czasie to sprawdzę. Kolejne pięć kilometrów były walką ze sobą i już wiedziałam, że nie zejdę poniżej 02:00. Przemek mnie odstawił, przystojniaki z fantastycznego czarno-białego zdjęcia już dawno stracili mi się z oczu a ja po 15 km dostałam złapałam straszną kolkę. To był ten moment kiedy zdałam sobie sprawę że „cieńki ze mnie Bolek”. Kolejny kryzys dopadł mnie na 18 i 19km i nie zatrzymałam się tylko dlatego, bo jakiś niesamowity facet (Poczta Polska czerwony t-shirt), całą drogę darł się i motywował wszystkich do tego aby biec dalej, nie zdawałam sobie sprawy z tego jak mi to było potrzebne!. Chętnie podziękowałabym mu osobiście, doping z jego strony na tym etapie był nieoceniony. Ostatnie dwa kilometry były z górki i tu odzyskałam siłę w nogach. Na metę wbiegłam pełną mocą ( nie wiem skąd się wzięła). Bieg ukończyłam z czasem 02:04:28…..i był niedosyt !!!.

Swój pierwszy półmaraton w Krakowie w zeszłym roku ukończyłam z czasem 02:05:59, była to trasa bez podbiegów więc poprawiając ten wynik powinnam być szczęśliwa a jednak czegoś brakło.

Szybko zapomniałam, że chciałam ukończyć ten nie łatwy półmaraton, szybko zapomniałam o tym, że przecież poprawiłam swój czas. Apetyt rośnie w miarę jedzenia…..

Ps.
Monika- Jesteś Wielka!!!!!
Przemku miałeś rację, było za szybko i dlatego potem było mi tak ciężko…. wyciągnę wnioski.
Tomku i Pawle, chociaż na chwilę miałam Was za swoimi plecami. Dzięki za doping.
Michał- Tobie wypiłam całą wodę na mecie, mam nadzieję, że się nie gniewasz. Dziękuję.
Marcinie- Dzięki, za te dwa półmaratony, oby było ich więcej.
Kamil fajnie było Cie poznać.
Bartku, kilka osób posyłało pozdrowienia (pamiętam tylko Jacka, reszty imion nie pamiętam).
Sylwia-przepraszam, że tak Długawo!!!

To był pierwszy raz kiedy widziałam Wasze twarze w ciągu dnia i to też było fajne!!!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *